Spotkanie rozpoczęliśmy wspólną modlitwą za Zmarłego Michała Żółtowskiego, następnie s. Lidia przedstawiła nam Jego życiorys. Swoim świadectwem podzieli się również p. Jan Michalik i siostra Lidia.




Zapiski pt. "Co zawdzięczam wychowaniu w rodzinie" zawierają ważne i cenne myśli, jakimi Pan Michał dzieli się z nami. W skróconej wersji zamieszczamy je niżej dla tych, którzy nie mogli być na naszym spotkaniu.



Co zawdzięczam wychowaniu w rodzinie? /Laski, styczeń 1995r./

- Dziś, gdy model rodziny przewiduje posiadanie jednego lub dwojga dzieci, niełatwo zrozumieć, że dawniej mogło być inaczej. Urodziłem się jako piąte z kolei dziecko, mając ogółem pięć sióstr i trzech braci. Jeden z nich, Jerzy, był o cztery lata ode mnie starszy i bardzo mi imponował. Po nim urodziła się siostra, z którą razem się uczyłem i najlepiej rozumiałem. Później przyszło na świat jeszcze dwóch braci i dwie najmłodsze siostry.

- Jakie więc wynieśliśmy wartości z domu? Po pierwsze - mówienie prawdy i liczenie się z danym słowem, po drugie - poważny stosunek do obowiązków, po trzecie - solidne podstawy religijne.

- Nie pamiętam, by ktoś z rodzeństwa kiedyś skłamał. Ojciec nie lubił nawet przesady w mówieniu. Domownicy, o których będę dalej pisał, służyli nam naprawdę za wzór prawości i sumienności. Wytwarzało to atmosferę i ona przede wszystkim nas wychowywała.

- Kiedyś jedna z ciotek długo chorowała i poprosiła moich rodziców, aby wzięli do domu jej córeczkę. Ojciec nie chciał się na to zgodzić, gdyż słyszał, że mała nieraz rozmija się z prawdą. Dopiero gdy się okazało, że informacja jest nieścisła, ustąpił.

- Będąc w szkole, w Poznaniu, nie korzystałem nigdy ze ściągawek, bryków, podpowiadania. Sumienie mi na to nie pozwalało. W Czaczu domowi nauczyciele stawiali nam wysokie wymagania. Byliśmy codziennie pytani, zwracano uwagę na wszystko: ortografię, styl, charakter pisma, czystość zeszytów... W czasie odrabiania lekcji zasadniczo obowiązywało milczenie, niekiedy asystowała przy tym nauczycielka. Przestrzegano punktualności. Lekcje kończyły się w południe, odmawialiśmy "Anioł Pański", myliśmy ręce i szliśmy na obiad. To wszystko odbywało się bez surowości, moralizowania, karania.

- Po południu miałem lekcję gry na fortepianie i francuskiego, w końcu odrabianie zadań. Zgodnie z programem klasycznego gimnazjum, do którego się przygotowywałem, łacina zaczynała się w pierwszej klasie, tj. w wieku ok. 10 lat, język grecki od klasy czwartej. Języka łacińskiego uczył mnie dojeżdżający dwa razy w tygodniu student prawa. Mieszkał razem z moim bratem w Poznaniu. Miał doskonałą metodę nauczania polegającą na częstych powtórkach. Przeprowadzał je w okresie jednych i drugich ferii świątecznych, gdy wolne już od zajęć rodzeństwo hasało po parku. Nieraz zbierało mi się na płacz podczas generalnych powtórek gramatyki i od nowa dokonywanych tłumaczeń. Tą drogą jednak zdobyłem gruntowne podstawy znajomości łaciny, zaś tego nauczyciela uwielbiałem. Był mądry i interesujący. Po ukończeniu studiów pracował w Lidze Narodów, następnie w ONZ. Po śmierci matki wstąpił do Benedyktynów, a jeśli jeszcze żyje, to przebywa w klasztorze Cystersów we Włoszech.

- W latach dzieciństwa większą część wolnego czasu poświęcaliśmy na zbieranie ziół leczniczych, w jesieni kasztanów, sprzedawanych później po dobrej cenie do poznańskiego "ZOO". Płynące stąd pieniądze szły na potrzeby misji, na "wykupywanie" małych Murzynków, by umożliwić im ukończenie szkoły misyjnej. Jesienią zbieraliśmy chrust w parku i przyległym lasku na rozpałkę dla staruszek we wsi. Trzewiki wymagające częstych reperacji z powodu biegania po rosie i błocie nieśliśmy do organisty, który aby utrzymać rodzinę, dorabiał sobie szewstwem. W jesiennym sezonie zbieraliśmy masowo, rosnące w lasku koło parku, rydze i odnosiliśmy pełne ich kosze do kuchni.

- Wprawdzie niczego nam nie brakowało, lecz nie dostawaliśmy kieszonkowego. Jeśli ktoś szczególnie potrzebował pieniędzy, musiał sam szukać sposobu, by je zdobyć. Starsze siostry chowały rasowe króliki, i pomagaliśmy im karmić. Co dzień wychodziliśmy w pole z wózkiem przywieźć im koniczyny. Brat wolał gołębie, których hodowlę z czasu nim przejąłem. Miał zresztą zawsze masę pomysłów i stale brakowało mu gotówki. Podejmował różne prace np. raz zarobił pewną sumkę budując wraz z kuzynem szopę z desek dla dozorcy w sadzie. Budował coraz innego typu aparaty radiowe, a z czasem zajął się fotografiką. Urządził ciemnię, razem ze mną zmajstrował powiększalnik. Abonował pismo fotoamatorów i wysyłał do redakcji swe najlepsze zdjęcia do oceny. Wiele nauczyliśmy się w ten sposób. Marzył o kajaku i dopiero gdy był za granicą na studiach wykonał mu go nasz kuzyn. Nie doprowadził wszystkiego końca i wiele pracy włożyliśmy w jego wykończenie. Woda była da w odległości 6 km, kajak jednak doskonale służył.

- Rozpisałem się szeroko o naszych zajęciach i zabawach, lecz z nich składało się życie. Rodzice zawsze cieszyli się widząc, że nie próżnowaliśmy. Większość z nas miała zdolności do rysunku, nawet malarstwa. Lubiliśmy przy tym słuchać głośnego czytania. We wcześniejszych latach poznaliśmy w ten sposób wiele powieści historycznych, m.in. Kraszewskiego, w opracowaniu dla młodzieży. Czytywaliśmy je po parę razy. Doszedłszy do wieku 10-11 lat chodziliśmy do biblioteki lub pokoju ojca i tam odbywać czytanie. Przepadaliśmy za tym, była to najszczęśliwsza chwila. Poznaliśmy prawie całego Sienkiewicza, łącznie z listami z Ameryki i znanymi nowelami Przez stepy lub Niewola Tatarska. Ojciec znał osobiście Sienkiewicza i przytaczał wiele szczegółów z czasu powstania jego powieści. Cenił wysoki moralny poziom tych dzieł. Pamiętam charakterystyczne zdarzenie: jeden z nas spadł z konia i zranił sobie głowę. Podczas zszywania rany zachował się dzielnie i nawet nie syknął. Ktoś go za to pochwalił i usłyszał w odpowiedzi: "A co by zrobił Kmicic na moim miejscu?". Memu ojcu bardzo się to podobało, po latach jeszcze owo zdanie cytował.

- Rodzice wychowywali nas swym przykładem, jak również innych osób z naszego otoczenia. Bardzo starannie ich dobierali. Wśród domowników, a także pracowników różnych działów majątku, mieliśmy prawdziwych przyjaciół. Nasza matka dbała o ludzi, dawała po okresach bardziej wytężonej pracy urlopy, czego wówczas nie przewidywały ustawy. Przestrzegała, by pracownicy stajni w dni świąteczne odpoczywali, a jeśli chcieliśmy gdzieś wyjechać, sami musieliśmy powozić i troszczyć się o konie. Dla nas, chłopców, stajnia stanowiła największą atrakcję.

- Oprócz biblioteki mego Ojca, liczącej ok. 10 tys. tomów, w ręku matki znajdowała się druga, na 2 tys. tomów, przeznaczona na bieżący użytek, głównie dla wsi. Książki były w ciągłym ruchu.

- Wychowanie w ubóstwie czy niedostatku wydaje się najlepszą szkołą życia, czasem jednak powoduje tęsknotę za niespełnionymi aspiracjami. Rodzi to problemy.